NFL
Orbán? Nie znam człowieka! Tak można by podsumować dzisiejsze reakcje polskich prawaków.
Orbán? Nie znam człowieka!
Tak można by podsumować dzisiejsze reakcje polskich prawaków.
Orbán? Coś kojarzę, ale nigdy go nie spotkałem.
Węgry? A co mnie pan pyta o Węgry? To taki mały, nieznaczący kraj. My tu mamy dużo polskich spraw.
Ja wspierałem Orbána przed wyborami? Ale skąd. Po prostu przejeżdżałem akurat przez Budapeszt i wpadłem na gulasz z okazji Dni Przyjaźni Polsko-Węgierskiej.
Politycy mają problem z prawdą. Jeszcze większy z konsekwencją. Z kręgosłupem moralnym i ideowym też bywa u nich różnie. Ale to, co wyprawiają teraz pisowcy, to już nie jest zwykła polityczna wolta. To jest retoryczny szpagat z elementami akrobatyki sportowej, cyrku objazdowego i konkursu na wiejskiego klauna.
A najbardziej wymowne jest milczenie Jarosława Kaczyńskiego. I szczerze mówiąc, nawet je rozumiem. Bo nawet ktoś tak wytrenowany w politycznych przewrotkach może mieć problem z wykonaniem aż tak karkołomnego manewru, w którym 10 kwietnia pod pomnikiem smoleńskim znów powtarza swoją tezę, że Putin zabił mu brata, a tego samego dnia w węgierskich mediach wspiera największego sojusznika Putina w Europie i pomaga realizować agendę Kremla. Teraz musiałby jeszcze wymyślić, jak przekonać własnych wyborców, że wcale Orbána nie wspierał. To może być trudne nawet dla Jarosława Kaczyńskiego, ale z ciekawością czekam, co ostatecznie z siebie wypluje.
A z tych co już próbują jakoś to odkręcać…
Przykład pierwszy i najbardziej charakterystyczny. Karol Nawrocki pojechał do Budapesztu wspierać Orbána przed samymi wyborami. Po klęsce nagle ogłosił:
„To jest oczywiście wybór narodu węgierskiego. Wybrali swojego premiera, któremu gratuluję zwycięstwa w wyborach. 1000-letnia przyjaźń polsko-węgierska musi trwać”.
Piękna ewolucja. Jeszcze wczoraj polityczne wsparcie, dziś już tylko folklor, geografia i tysiącletnia przyjaźń. A to, że przed chwilą jechał wspierać dyktatora, putinowskiego sojusznika wbrew woli większości narodu węgierskiego, będąc dla większości Węgrów, jak widać, raczej wrogiem niż przyjacielem, o tym mamy zapomnieć. Dzisiaj Nawrocki chce być znowu przyjacielem większości Węgrów.
Jeszcze lepszy jest Sławomir Cenckiewicz, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego u Nawrockiego, który po wszystkim zachował się jak polityczny Judasz po kursie medialnym. Napisał bowiem, że Orbán „był sojusznikiem Polski jedynie w rozgrywce z kosmopolitami i centralistami w UE oraz w kwestii migracji. To było ważne, ale za mało”, a poza tym „jedynie pogłębiał sprzeczności”, zaś relatywizowanie tego na polskiej prawicy antyrosyjskiej „było błędem”. Doprawdy wzruszające. Najpierw wspieranie, potem odkrycie, że jednak może nie był ideałem.
A teraz gwóźdź programu, czyli Przemysław Czarnek, specjalista od zakłamania i wmawiania ludziom, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Jeszcze wczoraj obóz PiS pompował Orbána jako ważny filar prawicy, dziś Czarnek ogłasza: „Kompletnie nas to nie zajmuje”. A chwilę później dodaje: „Demokracja na Węgrzech ma się dobrze, Węgrzy wybrali, gratuluję Węgrom, że wybrali w demokratycznych wyborach, a my się zajmujemy Polską”. To już nie jest wycofywanie się rakiem. To jest próba teleportacji z Budapesztu do studia telewizyjnego z pamięcią wyczyszczoną do ustawień fabrycznych.
I wreszcie wymiar najbardziej znamienny, niemal tragikomiczny. Dwaj politycy ukrywający się dziś na Węgrzech dzięki ochronie udzielonej przez obóz Orbána, Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski, jako jedyni dalej trzymają fason i obstają przy starej linii. Ziobro opowiada, że Unia chce Orbána obalić i że jego upadek uderzy w Polskę z wielką siłą. Romanowski dorzuca opowieść o zwycięstwie globalistów i utracie konserwatywnego bastionu. Być może liczą, że skoro bronili go do końca, to gospodarz znajdzie dla nich miejsce w samolocie, gdyby przyszło mu kiedyś wybierać między Brukselą a Mińskiem czy Moskwą.
I oto cały pejzaż polskiej prawicy po klęsce Orbána. Wczoraj wspierali. Dziś nie pamiętają. Przedwczoraj robili zdjęcia. Dziś opowiadają, że to tylko dyplomacja, tradycja, geografia i przypadek. A jutro zapewne usłyszymy, że Budapeszt w ogóle leży gdzieś koło Limanowej i nikt tam nigdy nie był.
Tyle że pamięć obywateli bywa czasem lepsza niż pamięć polityków. I właśnie dlatego ten spektakl panicznego odcinania się od przegranego sojusznika Putina jest tak zabawny. I tak kompromitujący.